lunes, 19 de marzo de 2012

Antònia Font – kataloński Marek Grechuta?

Stworzony w roku 1997 zespół Antonia Font rozpoczyna swoją przygodę z muzyką nagrywając demo z czterema ścieżkami: „Cibernauta Joan”, „l’Univers es una fiesta”, „Rumba” y „Es xifon es un aparato”. Nazwa grupy przekornie pochodzi od imienia ich koleżanki ze studiów, która towarzyszyła im w pierwszych miesiącach kariery. Wyróżniają się pomysłowymi tekstami i luźną adaptacją różnorodnych stylów muzycznych. Od momentu pierwszych nagrań, grupa zaczyna współpracować z kilkoma barami na Mallorce, aż do czasu publikacji inauguracyjnego albumu.

„Antònia Font” jest równocześnie tytułem pierwszej płyty, która zawiera dwa demo i dwanaście nowych utworów. Ich tematyka jest pewnego rodzaju stałą, która określa styl narracji zespołu. Możemy znaleźć piosenki o astronautach, podróżach, baśniowych historiach, wyimaginowanych śródziemnomorskich krajobrazach, a nawet o życiu domowym.

„Szyć i śpiewać”

Według grupy Antònia Font życie nie musi być skomplikowane. Tak też nazwali swoją płytę „Coser y cantar” (2007), okrzykniętą jedną z najambitniejszych i najbardziej oryginalnych kompilacji utworów muzycznych nagranych w ostatnich czasach. Joan Miquel Oliver (gitara), Paul Debon (wokal), Pere Manel Debon (perkusja), Joan Roca (bas) i Jaume Manresa (instrumenty klawiszowe) poprzez „Antònia Font” starają się opowiedzieć o swoim „osobistym” wszechświecie. Czerpą inspiracje z niezwykłego bagażu odniesień, referencji, niezaprzeczalnie zakorzenionych w popkulturze.
Uciekają od konwencji i formuł, unikają typowych, powszechnych tematów i rutyny. Ciągle zaskakują oczekiwania swojej publiczności, która rośnie w zatrważającym tempie. Antònia Font otacza się wyśmienitymi i najlepiej wyszkolonymi muzykami klasycznymi w kraju.



W skład dyskografii wchodzi 7 płyt:

Antònia Font (1999)
A Rússia (2001)
Alegria (2002)
Taxi (2004)
Batiscafo Katiuscas (2006)
Coser i cantar (2007)
Lamparetes (2011)

miércoles, 14 de marzo de 2012

Slacklining, czyli… nie ma rzeczy niemożliwych!

Slacklining to nic innego jak chodzenie i wykonywanie ewolucji na taśmie, najczęściej nylonowej, rozpiętej na pewnej wysokości. Trudność tego sportu polega na tym, że lina jest bardzo dynamiczna, rozciąga się i powoduje drgania niczym trampolina. Napięcue taśmy można oczywiście zmienić i dopasować do indywidualnych potrzeb użytkownika. Wszystko to by zaskoczyć nowymi trikami i akrobacjami!


Slacklining – ekstremalny sport w luźnym wydaniu? Z angielskiego slack znaczy: luźne, a lining: chodzenie po linie. Zapoczątkowany przez dwóch pasjonatów wspinaczki z Kalifornii w 1979 roku, zyskał na popularności na całym świecie. Adam Grosowsky i Jeff Ellington zaczęli chodzić po linach i łańcuchach parkingu ich uczelni The Evergreen State College. Złapali bakcyla i postanowili rozwiesić swoje taśmy by nauczyć się swobodnego chodzenia po linie i wykonywania ewolucji. Bardzo szybko dołączyli do nich koledzy, trenowali na kampusie często w towarzystwie licznych widzów.

Dla początkujących zaleca się kupienie taśmy o szerokości 2,5cm i długoci do 25m, wykonanej z jedwabiu polipropylenowego. Wystarczy znaleźć dwa drzewa, przymocować nisko linę i przy wejściu na nią wynić się z nogi. Jest to najłatwiejszy sposób by znaleźć środek ciężkości. Druga podstawowa zasada to nie patrzeć pod nogi! Musimy uzbroić się w cierpliwość gdyż pierwsze pare godzin zajmie nam nauka utrzymania się na taśmie.

Najpopularniejszą odmianą slackliningu jest tracklining, chodzenie po taśmach kilkunastometrowych, zawieszonych na wysokości biodra. Longline to taśmy, których długość osiąga nawet 150 metrów zawieszone na większej wysokości. Jest jeszcze jeden wariant, highline, czyli chodzenie po taśmie na bardzo dużej wysokości, uprawiane przede wszystkim przez alpinistów i osoby doświadczone we wspinaczce.

Aby czerpać radość ze slackliningu musimy zmierzyć się ze strachem. Adrenalina, która wynika z lęku wysokości i obawy przed upadkiem, z czasem stanie się naszym sojusznikiem. Poczujemy się pewnie na taśmie, pojawią się nowe pomysły na triki i miejsca do uprawiania tego sportu.
Istnieje wiele grup, stowarzyszeń slackliningu, ja podzielę się wrażeniami jakie zrobili na mnie Catlines z Barcelony: http://vimeo.com/35470438


I pamiętajcie: Impossible is nothing!

martes, 13 de marzo de 2012

Cebula też ma swoje święto!

Nazywa się Calçot (z katalońskiego) i jest to odmiana zielonej cebuli, zwanej po hiszpańsku Blanca gran tardana. Calçots są o wiele łagodniejsze w smaku i mniej bulwiaste. Osiągają długość od 15 do 25 cm. Początkowo pojedyńcze sadzonki umiejscawia się w rowach by następnie wyrosło z nich jesienią i zimą od 4 do 10 pędów.


Ten niezwykły rodzaj cebuli zapoczątkował Xat de Benaiges, hodowca pochodzący z Valls, w późnych latach XIX wieku. Był on rzekomo pierwszą osobą, która zasiała pędy Calçots. Pokryta ziemią jadalna część cebuli pozostała biała, w przeciwieństwie do innych odmian cebuli, które nabierają zielonego koloru. Czynność ta ma oczywiście swoją nazwę w języku katalońskim: calçar (z katalońskiego: zakładać buty)


Region Katalonii słynie między innymi z oryginalnych nawyków kulinarnych. I tak jedzenie Calçots zyskało sobie rozgłos a nawet i rodzaj rytuału. Na przełomie zimy i wiosny, w marcu i kwietniu, w pobliskich wsiach Barcelony (najbardziej znaną z nich jest Valls) nadchodzi okres zajadania się cebulami – tzw. Calçotada. Cebule, w liczbie kilkudziesięciu a nawet kilkuset, griluje się owinięte w gazetę. Gdy są gotowe należy obrać je ze zwęglonej warstwy a następnie zanurzyć w sosie salvitxada. Zaraz potem na ruszt należy położyć kawałki mięsa i chleba by zgrilowały się na tym samym węglu drzewnym co Calçots.  Oczywiście niezbędnym dodatkiem do uczty jest lampka czerwonego wina bądź cavy.


Niektórzy mówią, że kluczowym elementem dla Calçots jest wyżej wspomniany sos. Zdradze więc jego składniki: migdały, pomidory, czosnek, papryka, ocet winny i oliwa.


Smacznego!

jueves, 8 de marzo de 2012

Moda na lumpeksy – czy będzie trwać wiecznie?

Szmateksy, lumpeksy, second handy, ciucholany – przez jednych znienawidzone, przez innych ubóstwiane. Co takiego przciąga tłumy, nie tylko starszych pań, ale przede wszystkim młodych ludzi?


Wszystko zaczęło się kilkanacie lat temu, kiedy to z zachodu zaczęły wpływać na polski rynek ciucholandy. „Tania odzież z zachodu”, „Odzież na wagę”, „Tani ciuszek” to jedne z wielu haseł widniejących na szyldach owych sklepów. Oczywiście ubrania sprzedawane w lumpeksach dalekie były od ideału: nieprzyjemny zapach, różnego rodzaju plamy, słaba jakość materiału – pierwsze wrażenie odrzucało i zniechęcało klientki do robienia zakupów.
 
Dzisiaj natomiast second handy to osobna historia. Często komfortowo wyposażone, ciuchy poukładane na półkach, uprasowane, wyprane, posegregowane wg ceny. Znajdziesz je praktycznie na rogu każdej ulicy, w większym lub mniejszym mieście, a nawet na wsiach.

Do lamusa odchodzi również stwierdzenie, że są to sklepy dla ludzi biednych. Lumpeksy są odwiedzane przez wszystkie sfery społeczne. Są to starsze panie i panowie, młode dziewczyny poszukujące oryginalnych wzorów. Do szmateksów przychodzą także artyści, projektanci mody, którzy uważają owe sklepy za istną skarbnicę oryginalnych ciuchów. I dzięki temu właśnie lumpeksy będą cieszyć się powodzeniem przez kolejne lata. Ludzie coraz częściej mają potrzebę wyróżniania się swoim ubiorem, stylem. W second handzie znajdą rzeczy, których się już nie produkuje, tylko pojedyńcze sztuki, ciekawe dodatki sprzed lat, buty, paski, okulary! Wiele rzeczy to znane marki, o których kiedyś nam się nie śniło, inne pochodzą od producentów typu: H&M, Carry, Reserved, Adidas, Orsay.


Dzień dostawy potrafi być na prawdę ekscytujący. Ludzie nieraz ustawiają się w kolejce na godzinę przed otwarciem sklepu. Im większy wybór, tym większy tłok. To natomiast napędza sprzedaż, a tym samym i popyt. Chyba każdego skusiłoby „odświeżenie” swojej garderoby za kilkadziesiąt złotych?

miércoles, 7 de marzo de 2012

Latający Potwór Spaghetti

„Jam jest Latający Potwór Spaghetti. Nie będziesz miał innych potworów przede Mną. Jedynym Potworem, który zasługuje na pisanie jego imienia wielką literą jestem Ja! Inne potwory są fałszywymi potworami i na to nie zasługują.”

Fragment z Ewangelii Latającego Potwora Spaghetti.



Znany przede wszystkim jako Flying Spaghetti Monster jest stosunkowo ”młodym” kościołem, do którego należą obecnie setki tysięcy osób. Pastafarianizm to religia, która powstała w maju 2005 roku jako protest przeciwko decyzji Rady Edukacji w stanie Kansas. Bobby Henderson napisał wtedy otwarty list satyryczny, w odpowiedzi na debatę, czy powinno się przyznać teorii inteligentnego projektu równouprawnienie względem teorii ewolucji i równy czas w jej nauczaniu na lekcjach biologii. Henderson na swojej stronie internetowej zażądał równego czasu nauczania o Latającym Potworze Spaghetti jako stwórcy wszechświata! Umiejscowił nową religię na równi z chrześcijaństwem, islamem i wieloma innymi religiami. Ostrzegał również, że jeśli jego roszczenia nie zostaną spełnione, postąpi zgodnie z prawnymi prodecurami.

 
Tym samym Bobby zwrócił uwagę wielu internautów, którzy zgodzili się z opinią iż wprowadzenie obowiązkowego nauczania jednej religii w szkołach może wzbudzić sprzeciw pozostałych. Poczynaniami Hendersonona zainteresował się portal Boing Boing, który to ogłosił nagrodę w wysokości 250.000 dolarów każdemu kto udowodni, że Jezus nie był synem Latającego Potwora Spaghetti. Ruch na stronach wzrósł, ludzie zaczęli interesować się nowym zjawiskiem i pisać o nim na blogach. Deklarowanie wiary w Latającego Potwora Spaghetti zyskało popularność zwłaszcza wśród ateistów i agnostyków.

Oto niektóre z postanowień FSM

1.Niewidzialny i niewykrywalny Latający Potwór Spaghetti stworzył świat, zaczynając od góry, drzew i karła. Wszystkie dowody na rzcz ewolucji zostały specjalnie podłożone przez niego.
2.Potwór stworzył świat pod wpływem alkoholu.
3.Ludzie wyewoluowali z piratów. Ludzie dzielą około 95% DNA z małpami, ale ponad 99,9% z piratami.
4.Globalne ocieplenie, huragany, trzęsienia ziemi i inne naturalne katastrofy są bezpośrednią konsekwencją spadku liczby piratów, począwszy od początków XIX wieku.
5.Potwór kontynuuje kierowanie sprawami ludzkimi poprzez swoją makaronową mackę.

martes, 6 de marzo de 2012

Rowerem przez świat!




Podróże to pasja, to sposób na życie. Stają się nieodłączną częścią nas samych, potrafią nawet poważnie uzależnić. Ale ich zdecydowaną zaletą jest rozwój, jaki nam zapewniają. Niezliczona ilość nowych doświadczeń, napotkanych ludzi, historii które powstają i które będą powracać w naszych wspomnieniach jeszcze przez wiele lat! Każdy może zostać podróżnikiem, istnieje milion sposobów spełniania się w tej dziedzinie. Niektórzy wybierają rejs luksusowym statkiem, inni pokonują wyznaczone (bądź przypadkowe) drogi autostopem. Mnie zainspirowała historia Michała Sałabana, który postanowił przemierzyc półkólę ziemską wzdłóż południków… ROWEREM !


Michał za cel swojej “przygody” wyznaczył sobie trasę, która rozpoczyna się na przylądku Knivskjellodden i jest najdalej na północ wysuniętym punktem Norwegii. Punktem docelowym natomiast jest Przylądek Igielny na południowym wybrzeżu Afryki. Całość zaplanowanej drogi, jeśli zaufamy internetowej mapie, wynosić ma ok. 20060 km!!! 



Każdemu, choć trochę doświadczonemu podróżnikowi wiadomo, że wyprawa zaczyna się nieraz na długo przed datą wyjazdu. Tak też było w przypadku Michała, który przede wszystkim musiał przygotować swój środek transportu. Na blogu Północ-Południe dokładnie opisuje jak “skomponował“ rower, z jakich cześci się składa i z czego są wykonane. Podkreśla, że zależało mu na prostym, solidnym rowerze, zbudowanym z elementów, dla których można znaleźć zamienniki na rynku afrykańskim. Michał zabrał ze sobą rownież namiot oraz sprzęt, który pozwoli mu przygotować większość posiłków własnoręcznie.


Podróż Michała rozpoczęła się pod koniec maja 2011. Dzisiaj mija 293 dzien jego “tułaczki”. Obecnie znajduje się w Luksorze i dochodzi do siebie po niemiłym incydencie, kiedy to dwóch Egipcjanów zaatakowało go i obrabowało z wielu cennych rzeczy. Na szczęście Michałowi nic się nie stało, zglosił napad na policji i z pozytywnym nastawieniem rusza w dalszą podróż.

Osobiście życzę mu powodzenia i czekam na dalsze relacje na blogu! http://north-south.info/pl/blog/

miércoles, 29 de febrero de 2012

Counterfeit Medicine - pills made of salt, random chemicals and chalk


You have an e-mail, it is an offer of medication for ED, or treat heart problems, anything. Usually your mailbox recognizes this type of mail as a spam and you don’t even notice that you have received one. Anyway, let’s see what is behind such spam.

On Monday (27.02.2012) a huge medical company released statement about such medication – it was a copy of their drug Avastim (cancer treating drug). This fake copy drug was made of starch, salt, some random chemicals and salt. The fake drug was originated in Egypt, but many other reach market every day from any place all over the world.

Do you remember the big buzz about bird flu? There was somebody that tried to make money out of it and so fake Tamiflu offers hit millions of emails, although it was only penicillin in a different packaging.

One year ago an owner of the biggest cheap Viagra online shop (the shop sold also many other drugs) was sentenced to imprisonment for 5 years in USA, although he is a EU citizen from Belgium.

So please next time you are offered weight loss medication (or any other) be aware that you are probably offered nothing other then chalk, brick dust and caramel to make surface of a pill look smooth.